← Powrót do zespołu

Nazywam się Wojciech Janik. Ukończyłem studia pierwszego i drugiego stopnia na kierunku biologia, z różnymi specjalizacjami, między innymi biologią eksperymentalną. Jestem osobą wyważoną, na początku nieufną – jak niewierny Tomasz. Obecnie jestem holistą, terapeutą, mikrobiologiem, wsparciem psychicznym dla moich klientów oraz współzałożycielem firmy Balance Holistic Clinik Janik & Kopta.

Moje doświadczenia z medycyną naturalną zaczęły się ponad czternaście lat temu… A więc do rzeczy…

Uważam, że muszę podzielić się swoją historią, która w wielu przypadkach jest podobna do historii sporego grona ludzi. Może kogoś zainspiruje, doda otuchy.

Ten dzień pamiętam bardzo dokładnie. Sierpniowe lato – pomagałem mojej mamie w gospodarstwie, przy plantacji aronii. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, każdy pomaga swoim rodzicom. Następnego dnia obudziło mnie swędzenie i okazało się, że miałem wbite po dwa kleszcze przy kostkach u jednej, jak i drugiej nogi, oraz dwa wbite w sutku na piersi. Oczywiście wyciągnąłem je i zapomniałem o całej sprawie.

W październiku zaczęły się studia. Przed zajęciami zawsze odwiedzałem pływalnię i saunę dla lepszego samopoczucia i zwiększenia kondycji. W niedzielny poranek znowu obudziło mnie swędzenie na nodze, a moim oczom ukazała się czerwona, pierścieniowata zmiana. Myślałem, że to zmiana alergiczna po chlorze z basenu.

Nazajutrz udałem się do lekarza pierwszego kontaktu. Uświadomił mnie, że to objaw choroby boreliozy spowodowanej ugryzieniem kleszcza. Dopiero wtedy połączyłem fakty. Lekarz dał skierowanie do szpitala na badanie i wypisał antybiotyk na miesiąc. Wynik badania był negatywny, ale lekarz zakaźnik stwierdził, że w przypadku rumienia należy przyjmować antybiotyk.

W internecie poczytałem, że warto taki antybiotyk przyjmować dłużej dla lepszej skuteczności. Korzystając z okazji, że mam siostrę pielęgniarkę, taki antybiotyk zażywałem do końca roku. Generalnie byłem jeszcze „zielony”, nie zdawałem sobie z niczego sprawy.

Antybiotyk skończyłem i chciałem wejść w Nowy Rok pełen planów oraz z zamiarem spełnienia swoich zamierzeń. Niestety… od połowy stycznia zacząłem być dziwnie zmęczony, mimo że potrafiłem przespać 10 godzin. Pojawiła się u mnie niechęć do wszystkiego i od czasu do czasu miewałem dziwne bóle – a to w kręgosłupie, a to bolały kolana, a to pojawiał się dziwny, rozpierający ból bioder.

Na początku tłumaczyłem to sobie zmianą pogody i pracą w gospodarstwie. Ból zaczynał dokuczać na tyle, że lekarz POZ dał mi skierowanie do reumatologa. Specjalista kazał prześwietlić stawy i zdiagnozował reumatoidalne zapalenie stawów. Kazał również powtórzyć badanie na boreliozę. Wynik znów okazał się negatywny. Przepisał stosowne leki.

Po jakimś czasie zacząłem odczuwać spore lęki (teraz wiem, jak to nazwać), niepokój, na zmianę odczucia zimna i wybuchów gorąca oraz przyspieszoną akcję serca – taką, że wydawało mi się, że zaraz wyskoczy z piersi… Pieczenie stóp, swędzenie skóry. Oczekiwanie na kardiologa, holter… nic nie wykazały.

Moja siostra „załatwiła” wizytę w Krakowie u lekarza internisty. Zaczęto badać mnie i moją krew i finalnie zdiagnozowano u mnie przewlekłe zapalenie mięśni, które nazywa się fibromialgią. Kolejne leki… Pomyślałem: jestem już w domu, wiem co mi jest, biorę leki, wyleczę się – będzie ok.

Zaczynałem mieć spore problemy z pamięcią, zawieszenia, otumanienia. Ktoś do mnie coś mówił, a ja nie byłem w stanie się skupić, żeby odpowiedzieć konstruktywnie. Sam się zastanawiam, jak ja w tym okresie zdałem sesję na studiach.

Leki przepisane przez lekarzy zaczęły dawać o sobie znać – skutki uboczne: ból żołądka, bóle brzucha, biegunki… I na początku leki działały, a coraz to nowsze objawy dochodziły, więc szukałem pomocy u lekarzy tych samych specjalizacji – a nóż widelec ktoś będzie miał inne spojrzenie albo inny lek, który pomoże.

Kolejny reumatolog stwierdził, że w bardzo szybkim tempie coś „zżera” mi stawy biodrowe i kolanowe i jeżeli taka tendencja będzie postępowała, to do 5 lat trzeba będzie je wymienić… Wymienić stawy u dwudziestolatka? Pomyślałem – to jakiś absurd!

Kolejne skierowania na rezonans magnetyczny – w sumie miałem ich 6. Trafiłem do Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Badania krwi i dwóch specjalistów zdiagnozowało u mnie toczeń układowy oraz postępujące zesztywniające zapalenie mięśni kręgosłupa. Co do drugiej diagnozy zaproponowano mi eksperymentalne leczenie, ale się na nie nie zgodziłem. Między innymi skutkiem ubocznym podawania leku mógł być rak węzłów chłonnych, poza tym nie dawali gwarancji, czy w ogóle pomoże, a w jakiejś części mieli podawać placebo… a ja potrzebowałem konkretnej pomocy.

Ostatni objaw z szeregu innych, które albo wracały, albo się utrzymywały, to niedowład lewej ręki i lewej nogi. Nie byłem w stanie stanąć na pięcie ani nawet porządnie ścisnąć dłoni. Wizyta u neurologa… stwardnienie rozsiane…

Ogarniający ból, zmęczenie i niechęć sięgnęły zenitu. Często po całym dniu na uczelni, gdy wracałem na mieszkanie, ból kolan, bioder i kręgosłupa nie pozwalał w nocy spać. Jeżeli czułem lekkie bóle (nazywałem je „przepowiadającymi”) i nie wziąłem leków przeciwzapalnych i przeciwbólowych, to w ciągu godziny nie byłbym w stanie ruszyć się z miejsca…

Trzeba było „zaprzyjaźnić się” z kulą, żeby nie potknąć się na swojej nodze, której miałem niedowład. Mało wylewny byłem, gdy pytano, co się stało.

Generalnie miałem ochotę skończyć ze sobą, żeby nie być ciężarem dla moich rodziców. Pomysł zrodził się wtedy, kiedy opowiedziałem o swoich objawach lekarzowi pierwszego kontaktu, pokazałem, gdzie byłem i jakie badania zrobiłem, które wszystko wykluczały. Stwierdził, że jestem hipochondrykiem i zalecił wizytę u psychiatry.

Medycyna naturalna… Spróbowałem Vega Testu – jak ja to wtedy nazywałem „czary mary”, a dokładniej testu wegetatywno-rezonansowego, potocznie nazywanego biorezonansem. Nie miałem już nic do stracenia – tonący brzytwy się chwyta.

Zostałem zbadany – coś tam pouciskane na dłoni – i zaczęto mówić o objawach, a mnie, potocznie pisząc, „kopara opadła”. Skąd ktoś wie takie rzeczy, o których mało komu mówiłem?

I tak zacząłem interesować się tą metodą diagnostyczną i przede wszystkim poznałem odpowiedź na wszystkie moje dolegliwości. Wszystkie zdiagnozowane wcześniej choroby były tą jedną, którą od początku wykluczano – boreliozą!!!

Skupiłem się na tym, jak to „dziadostwo” leczyć. Wtedy dostępne były tylko zioła do picia. Piłem więc kilka litrów różnych naparów dziennie i cały czas zgłębiałem wiedzę na temat choroby.

Sięgając moją – jeszcze wtedy słabą – pamięcią wstecz, uświadomiłem sobie, że choroba mogła być od dawna, wcale nie spowodowana ugryzieniem kleszczy, ale – jak wtedy wyczytałem w pracach naukowych – również poprzez komary, meszki, muchy końskie i inne pajęczaki.

Dlaczego uważam, że mogłem chorować od najmłodszych lat? Już w podstawówce cierpiałem na bóle kolan i kręgosłupa, tylko trochę rzadziej. Twierdzono wtedy, że to bóle wzrostowe, a moje przewlekle powiększone węzły chłonne tłumaczono tym, że „taka już moja uroda”.

Już wiedziałem, dlaczego tak często wyniki badań z krwi są fałszywie ujemne, dlatego do dziś na badania „sikam ciepłym moczem” – oczywiście nie wszystkie, ale głównie te mikrobiologiczne.

Teraz wiem, że mikroorganizmy działają instynktownie i „wchodzą” tam, gdzie mają „papu”, czyli do tkanki chrzęstnej, kostnej i nerwowej, a do krwi trafiają na końcu, gdzie są wykrywane na podstawie wolno krążących przeciwciał – o ile się one wytworzą lub nie połączą się wcześniej z mikroorganizmem w celu jego zwalczenia.

Wiedziałem, że ta „cholera” i inne „żyjątka”, które sprzedały mi kleszcze, mogą siedzieć tak głęboko, że nawet picie ziół nie pomoże ich wytępić.

Mówiono coś gdzieś o tubie plazmowej – dla mnie było to pojęcie nowe, wręcz abstrakcyjne. Marzeniem było skorzystać z czegoś takiego lub to posiadać… Czego nie robi się dla własnego zdrowia, skoro jest choć cień szansy?

Po roku marzenie stało się faktem – udało się kupić generator plazmowy Rife’a. Maszyna działa w ten sposób, że programując ją odpowiednią częstotliwością, na której bytuje, rozwija się i rozmnaża dany mikroorganizm, można doprowadzić do jego usunięcia – między innymi poprzez zaburzenie metabolizmu i wprawienie błony biologicznej w drgania, co powoduje jej rozerwanie i śmierć mikroorganizmu.

Częstotliwość w postaci fali elektroakustycznej o na tyle dużej mocy pozwala wniknąć i przeniknąć organizm „na wylot”.

Zacząłem naświetlania metodą prób i błędów, dobierając częstotliwości, a wyznacznikiem był mój wyczulony organizm na daną falę – czasem były to reakcje trudne do wytrzymania. Dało mi to również obraz, jak długo daną częstotliwość stosować i jak reagować, gdyby bakteria zmutowała, czyli zmieniła swoje „nadawanie”.

Żeby mieć większą pewność, a nie błądzić po internecie (bo tego jest bez liku), pomógł zakup certyfikowanych częstotliwości z kanadyjskiego laboratorium.

Rok picia ziół i suplementacji oraz niecały rok terapii metodą prób i błędów zaowocowały. Jak pisałem na początku – jestem osobą nieufną wobec nowości i dopóki sam nie sprawdzę, nie uwierzę.

Obudziłem się któregoś dnia i stwierdziłem, że jakby „kamień spadł mi z serca”. Byłem wyspany, niezmęczony, lekki.

Zostałem zbadany i okazało się, że nie mam już w sobie żywej bakterii. Oczywiście byłem świadomy tego, że w organizmie pozostało wiele „trupów”, inaczej zwanych toksynami, które muszę wydalić, oraz że trzeba zregenerować to, co zostało zniszczone przez bakterie. Jednak moje samopoczucie było już zupełnie inne.

W regeneracji – trwającej prawie dziewięć miesięcy – pomogły mi między innymi wywary z kości wołowych. Miałem do nich dostęp, ponieważ moi rodzice hodowali wtedy bydło.

Wszelkie witaminy, którymi „karmiła się” bakteria, zacząłem stopniowo uzupełniać.

I tak – po trzech latach chodzenia po specjalistach, roku picia ziół i suplementacji oraz niecałym roku naświetlań – pomyślałem: skoro mi to pomogło, zacznę pomagać innym.

Gabinet służy pomocą każdemu, kto się o nią zwróci. Najgorszemu wrogowi nie życzę takiej drogi, jaką ja przeszedłem.

Niedługo minie 12 lat mojej praktyki i doświadczenia. Sam nie mogę uwierzyć, że czas tak szybko płynie, a moje wspomnienia są tak świeże.

Staram się podnieść na duchu klientów, doradzić według naszej najlepszej wiedzy i przekonań. Podchodzę do każdego indywidualnie, ale również holistycznie.

Dwanaście lat doświadczenia z klientami – a przede wszystkim moje osobiste – udowodniło mi, że ile objawów, tyle chorób, i żadnego nie można bagatelizować.

Wszystko należy robić etapami, bo to nie jest sprint ani jedna tabletka, jak nauczyła nas telewizja, ale maraton, który – jeśli odpowiednio zaplanowany – może zakończyć się sukcesem w postaci zdrowia.

Chętnie rozmawiam z moimi klientami na różne tematy, aby rozwiać ich wątpliwości. Staram się poświęcać im tyle czasu, aby moje odpowiedzi były dla nich satysfakcjonujące.

Na przestrzeni lat zauważyłem, że ogromną satysfakcję daje mi to, że udało mi się komuś pomóc poprzez moje zalecenia i tzw. narzędzia.

Uważam, że moja praca – której stałem się pasjonatem poprzez własną chorobę – to nie tylko biznes, ale również misja niesienia pomocy tym, którzy tego potrzebują.

Podwójnie trudno jest iść pod prąd, starając się uświadamiać klientów, że utarte schematy nie zawsze prowadzą do wyleczenia, a często jedynie do leczenia objawów – lub przeciwnie.

Jedna klientka powiedziała kiedyś zdanie, które do tego pasuje: „Pacjent wyleczony, klient stracony”.

Ja chcę kierować się inną zasadą: pomogę Tobie, inni to zauważą, Ty podzielisz się swoją historią, a ja będę miał możliwość niesienia pomocy kolejnym osobom.

Szczególnie w dzisiejszym świecie medycyna działa niestety procedurowo, a powinna współpracować z medycyną naturalną, ponieważ zdrowie i wyzdrowienie powinno być priorytetem – a nie pieniądze.

Moja historia nadaje się na książkę – kto wie, może kiedyś ją wydam. Na ten moment skupiam się na wykrywaniu przyczyn złego samopoczucia i ich eliminowaniu u moich klientów, aby w świecie ciągłego biegu mieli siłę i energię, by w pełni cieszyć się życiem i stawiać czoła codzienności.